Category Archives: Śmieszne

Wierszyki humorystyczne i sytuacyjne

*** (Dziś obiadek jest malutki)

***

Dziś obiadek jest malutki:
resztki starej, marnej zupki,
no i zupki te z torebki,
na dopchanie – mogą chlebki
od biedy być.

A na drugie? – Zobaczymy,
może kluchy umoczymy
w jakimś sosie?
Coś wymyślę. Teraz pa…
Zjemy to, co Pan Bóg da.

 

Lublin, dnia 10 października 2007

Życie jest jednym kabaretem

Każdy ma wzloty i upadki,
każdy ma swoje Waterloo.
Jeden wciąż strzela gafki,
drugiego dziełem „Qui pro Quo”.

Życie jest jednym kabaretem,
nie każdy umie dostrzec to,
jeden wciąż nowe strzela gafki,
drugiego dziełem „Qui pro Quo”.

Gdy już się całkiem popaprało
w życiu to, co tak ważnym jest
i tak się wiele nie udało,
bez sensuś zrobił każdy gest

– po rozum wróć do swojej głowy
i najpierw napraw wszelkie zło,
zaniechaj wszelkiej głupiej mowy
no i idź dalej – otóż to.

Jak kot upadać na cztery łapy,
miękko lądować wśród burz i mgły,
śmiać się z kolejnej swojej gafy
– chociaż to trudne – ucz się i Ty.

Życie jest jednym kabaretem,
szczęście nawiedza tylko sny,
choć Cię częstuje rzadko kotletem
– gorzkie pigułki łykać i łzy – ucz się i Ty.

Życie jest jednym kabaretem…

 

Lublin, dnia 27 lipca 2007

Wiersz do Mikołaja

Drogi Święty Mikołaju,
gdy opuścisz bramy Raju
i wyruszysz po zakupy
pozbierawszy wprzód do kupy
prośby nasze i życzenia,
najdziwniejsze też marzenia
– wspomnij na mnie
i mi przynieś co uważasz:
może to być i odtwarzacz
do koncertów mej rodziny,
albo ciapy
by nie marzły gościom „łapy”,
kiedy przyjdzie im ochota
mnie odwiedzić – gdy deszcz, słota
zbruka wierzchnie ich odzienie.
Spełnić możesz me życzenie
(w niskiej lub wysokiej cenie)
– jak na przykład:
kredki, farby – bym malować dinosaury
mogła w darze dla Wojtusia,
tudzież inne dzieła sztuki dla Mamusi, dla Tatusia.
No i przyjmę wszelkie grosze,
których trzymać w mej pończosze
ani myślę.
Teraz list ten szybko wyślę
z pozdrowieniem i życzeniem:
SZCZĘŚĆ CI BOŻE MIKOŁAJU
I DO ZOBACZENIA – W RAJU

Babcia

Zielona miłość

Z księżycowych bajek

Zielona miłość

W srebrnych promieniach Księżyca
w ze snów utkanej sadzawce
zakochał się mały Krokodyl
w dużej, zielonej Żabce.

W jej oczach dużych, marzących,
w miękkiej zielonej łapce
i podczas pełni Księżyca,
oświadczył się on – miłej Żabce.

A gdy się dogadali
– szepnął do ucha Żabce:
o naszej zielonej miłości
powiedzmy naszej Agatce…

 

Lublin, dnia 22 marca 2001.

Wojtusiowy wierszyk

Szybko, szybko zjemy serek
i pójdziemy na spacerek.
Zobaczymy czy koparka,
ciężarówka i śmieciarka
przyjechały do roboty,
przecież dzisiaj nie ma słoty.
Jasne słonko pięknie świeci,
na spacerek wyszły dzieci.
Te z przedszkola, co parami
chodzą ze swymi paniami,
te z babciami, te z mamami,
nawet i te z tatusiami,
co w wózeczkach posypiają,
małe noski opalają.
Taki duży wiatr dziś wieje,
że się chwieją nasze cienie
i Wojtusia cień malutki
– w babci schował się, calutki.
Jak wrócimy, zjemy jajko
podprawiane babci bajką,
popijane z jabłek soczkiem,
lecz z kubeczka, a nie smoczkiem

Lublin, dnia 28 lutego 2000 r.

Sroczka

Sroczka kaszkę warzyła

tak swoje dzieci karmiła
* * *
Babcia kaszkę warzyła

tak swoje wnuki karmiła

a tych wnuków miała moc

więc myślała całą noc

jak ucieszyć wnuki swe

każde inną kaszkę chce

– temu dała na łyżeczce

bo marzyło o książeczce

i wierszykach – po tomiku

w którym wierszy jest bez liku

– temu dała po lakierku

– temu znowu po kuferku

– temu dała po małpeczce

tak każdemu po troszeczce

– tylko temu najmniejszemu nic nie dała

bo pieniążków już nie miała

i czym prędzej odleciała

– w sad wpadła

lecz nie padła

potem się schowała

– gdzie – nie zgadniecie

nie powiem

bo rozpowiecie

szukajcie

nie znajdziecie

potem znowu od rana

babuśka kochana

kaszkę warzyła, warzyła

znów swoje wnuki karmiła

– temu dała – bo malutki

– temu dała – bo chudziutki

– temu dała – bo ją prosił

– temu dała – by nie psocił

a temu najmniejszemu…

i tak dalej, i tak dalej

gotuj babciu i nie szalej

radzę ci

Lublin, dnia 6 lutego 2000 r.

Rodzinny obiad

Obiadowa nasza pora
trwa od rana do wieczora.
Już godzina jedenasta,
Aga szybko obiad chlasta.
Gdy godzina jest dwunasta,
hejnał słychać z bramy miasta.
Zajadają dwa maluchy,
najfajniejsze nasze zuchy.
Miłka dłubie łyżką w nosie,
chociaż wcale nie jest prosię,
Kacper woła: kuku-kuku,
ja się śmieję do rozpuku.
Mama wpada i wypada,
i do buzi coś tam wkłada.
A Elunia bez hałasu,
chociaż nie ma dużo czasu,
jednym okiem w książkę łypie
i powoli zupę chlipie.
Kiedy bractwo się wyniesie,
będzie cisza, tak jak w lesie.
Babcia sobie coś spitrasi,
bo nikt jej już nie hałasi.
Kiedy siądzie se wygodnie,
to rodzice wchodzą głodni;
mama garnki ręką trąca,
patrzy czy zupa gorąca,
tata chwali żeśmy asy,
ale szuka wciąż kiełbasy.
Mięsa nigdzie nie znajduje,
więc kluskami się raduje.
Gdy już słońce zejdzie z nieba,
to pozmywać wszystko trzeba;
Na to nie ma nikt ochoty,
każdy wieje do roboty
i wykręca się jak może –
to rodzinka nie daj Boże.

Powrót

Już rodzinka nasza cała,
po koncercie się zebrała
w swoim domu, w swej ciasnocie,
tam gdzie mają skarbów krocie.
Nasza Mama już się słania
od posłania do posłania,
a malutki nasz Kacperek
robi siusiu na kibelek.
W przedpokoju, zaś Agata,
wszystkie śmieci nogą zmiata.
Tatuś wszystkie łóżka ściele,
a tych łóżek bardzo wiele.
Babcia nasza w progu staje
i od razu wszystkich łaje;
czy to Miłkę, czy to Elę,
czy to w piątek czy w niedzielę.
I tak po dniu pełnym trudu,
po umyciu wszystkich z brudu,
gdy już dosyć jest krzątania,
spać maluchy się zagania.

Koncert

Kto chce poznać mą rodzinkę
niech wesołą zrobi minkę
i przyjedzie do Lublina,
gdzie się koncert rozpoczyna.
Tutaj, chociaż nie ma łąki,
wciąż zlatują się „SKOWRONKI”.
Tutaj alty, tu soprany,
w mig śpiewają wszystkie gamy.
Zaraz koncert się rozpocznie
i przekonasz się naocznie
jak kochana nasza mama
dyryguje nimi sama.
Wśród „SKOWRONKÓW” trzy dziewczynki
(do niedawna jeszcze świnki)
dzielnie mamie pomagają,
jak umieją tak śpiewają.
Nasza Aga operowo,
śpiewa koloraturowo.
Ela także gardło zdziera
i jak może, się wydziera.
Nasza Miłka stoi bokiem,
do chłopaków strzela okiem.
Chociaż umie mało, wiele,
wychodzą jej piękne trele.
Na widowni dwaj panowie,
obaj piękni, co się zowie.
I ten mały i ten duży,
każdy pięknie oczka mruży
i do mamy się uśmiecha,
bo to wielka jest uciecha,
gdy rodzina ta wspaniała
na koncercie się spotkała.
Już przebrzmiały dźwięki chóru,
nikt już nie gra im do wtóru
i ucichły już oklaski
– to był koncert z Bożej łaski.

10 marca 1995 r. (DK, Wybór wierszy, 1996)