Tag Archives: wspomnienie

Leszczyna

Po drzemce zimowej, na działce cienistej,
gałązki leszczyny pięknej, rozłożystej,
pokryły się całe cudnych bazi szatą
pyłkiem kolorowym zdobioną bogato.

W nasadach gałęzi, w każdym zagłębieniu
maleńkie kwiatuszki śnią o zapyleniu,
mini pióropusze na mini główeczkach
błyszczą się czerwono w promieniach słoneczka.

Leszczyna z lubością ramiona prostuje,
i szczęście istnienia całą sobą czuje.
I żyje tą chwilą, co przemija stale,
a o tym co będzie nie myśli dziś wcale.

I o tym co było, jak w ubiegłe lato
orzechy przepyszne urosły bogato
lecz zanim do końca na słońcu dojrzały,
to obce i wrogie ręce je zebrały.

I nie wie, że zanim tydzień ten przeminie,
to mrozu groźnego fala znów przypłynie
i zniszczy orzeszki jeszcze nie poczęte
i zmrozi listeczki w pączuszkach zamknięte.

Lecz dzielna leszczyna z każdym rokiem większa.
Tę cienistą działkę jak może upiększa,
Użycza wiewiórkom i ptakom schronienia
i w upalne lato dla mnie swego cienia.

Stary wieszcz miał lipę, a ja mam leszczynę,
usiąść pod nią mogę, by odpocząć krzynę
i pomyślę o Tym, co ją kiedyś sadził,
o Tym co mnie w życiu swym nigdy nie zdradził.

Co mnie kochał jak ziemię, jak las i jak pole,
jak bogate plony w kopcach i w stodole,
pomarzyć, że kiedyś znowu się zejdziemy,
pod Bożą leszczyną razem usiądziemy.

16 marca 1995 r.

Ojciec – dwa sny – dwa odejścia

Mamy jednego ojca – Boga Ojca. Lecz On realizuje w nas swoje ojcostwo poprzez ziemskich ojców. Dla mnie mój ziemski ojciec był wszystkim: największą miłością, największym autorytetem. Jak odszedł do Pana – runął mój świat. I dobry Bóg ulitował się nade mną, zesłał mi drugiego ojca, który stał się dla mnie wielką miłością ojcowską, największym autorytetem – Ojca Świętego Jana Pawła II, co objawił mi w dwu snach. W snach tych kolejno, mój tatuś i Ojciec Święty zjawili się przede mną w identycznej scenerii, w identycznej pozycji, takim samym pełnym miłości wzrokiem na mnie patrzyli, identyczne było ułożenie ręki na balustradzie schodów. Oba obrazy były kolorowe, wyraźne. Każdy najdrobniejszy szczegół, np. twarzy, pozostał mi realniej w pamięci niż te ze spotkań na jawie. Nie było tam snów, nie było ruchu, był spokój i była… miłość

Moje odczucia, gdy odchodzili, były prawie identyczne. Tylko jak mój tatuś umarł nie mogłam płakać, jak odchodził Ojciec Święty – obfite łzy sprawiały mi ulgę. I teraz mam w sobie jakiś spokój i choć jestem już w podeszłym wieku, mam zupełnie jasny obraz mojego miejsca na świecie i mojej przyszłej, chociaż nie wiadomo jak długiej drogi – drogi do Pana i do dwóch ukochanych Ojców…

Rozmowa z Księżycem (3)

We mgle się ukryła Twa twarz promienista,
lekki rumieniec pokrył Twe oblicze,
jakby falą uczuć wróciło wspomnienie,
znów ożyły dawne marzenia dziewicze…

Ukryte głęboko serce Twe gorące
– choć po niebie krążysz już od lat tysiąca
drogą wyznaczoną przez Boga od wieków
– choć nie swoim świecisz, ale światłem Słońca…

Mgły rozsnują wkrótce Miłości promienie,
Twa twarz zajaśnieje znowu światłem Słońca.
Popatrz, jak za lasem już zorza widnieje,
lecz Ty Bożą drogą wiedź ludzi – do końca…

 

Lublin, dnia 18 września 1999.

Lublin, Księżyc i ja (3)

III

Na wieczornym niebie Księżyc żółto lśni,
nie olśniewa srebrem jak poprzednich dni,
szczuplejsze, zamglone, smutne ma oblicze,
wzrok swój w dół kieruje, gdzie palą się znicze.

Na złocistych liściach krople deszczu drżą,
alejki cmentarza otulone mgłą,
na grobach migoce światełek tysiące,
o naszej pamięci o zmarłych świadczące.

Kiedy przy figurze anioła przystaję,
znowu się wspomnieniom z przeszłości oddaję,
pamiętam, jak z babcią w tym miejscu stawałam
i grób ten jak dzisiaj z liści obmiatałam.

A babcia kochana mi opowiadała,
jak w grobie tym swoją córeczkę chowała,
potem znowu męża i syna drogiego,
co walczył o wolność narodu polskiego.

A kiedy na cmentarz dorożką jechałam,
wioząc chryzantemy w Lipową skręcałam,
babcia jak ja dzisiaj przeszłość wspominała,
przeżycia z młodości swej opowiadała:

Kiedy do Lublina za młodu przybyła,
zabudowa miasta tutaj się kończyła,
i od tego miejsca zaczynał się las
– od tej pory minął jakże długi czas…!

Na wprost bram cmentarnych – ogród botaniczny,
niewielki, lecz stary, wtedy jeszcze śliczny,
najstarszy w Lublinie, rzadkie drzewa miał,
w dni upalne cień swój na przechodniów słał.

Nagle me wspomnienia rozpierzchły się w mgle,
moje drogie wnuki otoczyły mnie,
i chociaż z trudnością – same odczytują,
jacy się przodkowie w grobie tym znajdują.

Leżą tu już także: babcia ma kochana,
rodzice, dwóch stryjków – ja znów zadumana
o czasie, o życiu i o przemijaniu,
i o tym wspaniałym świętych obcowaniu…

Wracamy do domu, jakże dużo nas,
i dzieci i wnuki – w ten Zaduszek czas.
Do domu naszego nas odprowadzają
bliscy co odeszli i nas wciąż kochają.

Jak Księżyc na niebie chwilowo zakryty
wędruje wciąż z nami chmurami spowity,
tak nasi najmilsi nas nie opuszczają,
wędrują wciąż z nami, w trudach wspomagają.

 

Lublin, dnia 1 listopada 1995 r.
(cmentarz przy ul. Lipowej)

Lublin, Księżyc i ja (2)

II

W ciepły i pogodny ten wieczór jesienny
wyszłam, po dniu pracy, na spacer codzienny;
na wiadukcie staję, w dole auta mkną,
światła lamp kwarcowych czarne niebo tną.

Daleko widnieje sylwetka kościoła,
wielkomiejskie światła i ruch dookoła
piękne nowe bloki wzdłuż nowej ulicy
– to nowy krajobraz mej starej dzielnicy.

Tak niedawno jeszcze, parę lat bez mała,
w dolince tej ludność uboga mieszkała,
było tu chałupek, ogródków bez liku
wśród zielonych krzewów i śpiewu słowików.

Jesienią po wiejskich uliczkach „chadzałam”,
spod płotów śliweczki i gruszki zbierałam,
a zimą na sankach zjeżdżałam wśród wzgórz,
gdzie wiosną bzy kwitły, latem pęki róż…

Gdzieś na horyzoncie widoczne pagórki
wyrzeźbione w bruzdy – to Czechowskie Górki,
dzięki nim w pobliżu cegielnia dymiła,
poniżej Czechówka wody swe toczyła.

Teraz te pagórki są lasem spowite,
a wody Czechówki w korycie ukryte,
stawy przy jej brzegach już dawno zarosły,
a w tym miejscu piękne, nowe domy wzrosły…

Nagle nad Wieniawą, ten sam co przed laty,
ukazał się Księżyc srebrzysty, pyzaty,
zobaczył żem sama i jakby we śnie,
do domu mojego odprowadził mnie.

13 października 1995 r.
(wiadukt nad aleją Sikorskiego)

Lublin, Księżyc i ja (1)

I

Po ciężkim dniu pracy jesień odpoczywa,
i bezchmurnym niebem miasto swe okrywa,
po którym wędruje ten sam co przed laty,
Księżyc uśmiechnięty, błyszczący, pyzaty.

W jego blasku stoją piękne stare drzewa,
jesień je w złociste sukienki odziewa,
ja także po pracy wędruję z nim razem,
zachwycam się pięknym Lublina obrazem.

Kiedy cuda miasta przed oczami stają,
wspomnienia z przeszłości jak żywe powstają
i w szczęściu się pławi cała moja dusza,
co jest i co było zachwyca i wzrusza.

***

Dawno, dawno temu, kiedy byłam mała,
na placu tym smukła wieża ciśnień stała
i na Anioł Pański dzwony nie dzwoniły,
w mroku okupacji gdzieś ukryte były.

Jak dziś przed kościołem Matka Boska stała,
Świecącej korony na głowie nie miała,
latarnie jak dzisiaj żółtym światłem lśniły,
choć nie elektryczne, lecz gazowe były.

Żadnych autobusów ulice nie znały,
o kocie łby – końskie kopyta stukały
i spóźnionych gości po mieście woziły
lubelskie dorożki – jakże piękne były!

***

Teraz choć jest pięknie o wieczornej porze,
ludzie już nie chodzą na spacer po dworze.
Kiedyś, kto żyw spieszył na spacer na „Kraka”,
(dziewczęta – by spotkać miłego sztubaka),

– od „Bramy” do „Sasa”, od „Sasa” do „Bramy”
(by tylko najdalej od taty, od mamy),
ojcowie, by spotkać kogoś znajomego,
na kawę i ciastka do Semadeniego

szli, kiedy ich żony w te wieczorne pory
razem się zebrawszy, poszły na nieszpory.
W domach tylko dzieci i babcie zostały,
które już w spokoju pasjanse stawiały.

***

Teraz w centrum miasta są najokazalsze,
odnowione, piękne, mimo że najstarsze
kamienice, w których banki się znajdują,
przepychem, światłem oczy me radują.

Dawniej, pięknem swoim ludzi urzekały
kawiarnie, hotele i teatr wspaniały,
a sklepach sprzedawcy mili, uśmiechnięci,
z ukłonem pytali: co życzą klienci?

U drzwi „Europy” pan posłaniec stał,
co czapkę czerwoną na głowie swej miał.
Zakochanych gości spełniał polecenia,
choć miasto nieduże – wiele miał chodzenia.

***

Siedzę na przystanku, w górze księżyc lśni
i snuję wspomnienia z tych minionych dni,
a wieczór przepiękny, choć październikowy,
spokojny i ciepły, prawie jak majowy.

„Trzynastka” nadjeżdża, czas przerwać marzenia,
choć do duszy nowe cisną się wspomnienia,
czas wracać do domu, gdzie czekają mnie,
zebrać nowe siły w zdrowym, błogim śnie.

Kochany Księżycu, jak za dawnych dni,
w wędrówkach po mieście towarzyszysz mi,
światłem swym srebrzystym rozjaśnij me sny,
będziemy wciąż razem: Lublin, ja i Ty!

Lublin, dnia 6 października 1995 r.
(Plac Wolności – Bernardyński, godz. 18)

Orzechy

Pod lampą naftową, przy okrągłym stole,
po dniu pracowitym, spędzonym w mozole,
ręce mego ojca szorstkie, spracowane,
łupały orzechy w Dębówce zebrane.

Ja – mała dziewczynka, przy ojcu siedziałam,
jego opowiadań z uwagą słuchałam,
patrzyłam z miłością na oczy kochane,
czoło opalone, bruzdami zorane.

***

W małym pokoiku przy telewizorze,
po dniu ciężkiej pracy, o wieczornej porze,
ręce mego męża szorstkie spracowane,
łupały orzechy gdzieś na wsi zebrane.

Ja także po pracy bliziutko siadałam,
i jakąś robótkę w ręku swoim miałam,
patrzyłam z miłością na oczy kochane,
czoło opalone, bruzdami zorane.

***

Dziś w naszej kuchence, na stołeczku małym,
od samego rana, jeszcze przed dniem całym,
ręce mego wnuka te małe kochane,
łupią znów orzechy na działce zebrane.

A mnie na ten widok aż łzy w oczach stają,
wspomnienia w mym sercu same ożywają,
i patrzę z miłością na to dziecko drobne,
tak bardzo do dziadka, pradziadka podobne.

10 września 1995 r.

Powrót do przeszłości

Gdy do wspomnień wracasz, patrz oczami duszy,
przeszłość Cię zachwyci, oszołomi, wzruszy,
obrazy powrócą dawno zapomniane,
lecz jeszcze piękniejsze, sercem malowane.

Wszystko co złe było, nie warte wspomnienia,
niech nadal zostaje w głębiach zapomnienia,
lecz każda przeżyta piękna szczęścia chwila
na nowo odkryta, życie niech umila.

5 września 1995 r.

Moje dworki

Mając lat sześć prawie – a w duszy wspomnienia
warszawskiego września, getta lubelskiego,
mając w sercu swoim miast szczęścia istnienia,
przed Niemca mundurem lęk dziecka polskiego

– znalazłam się nagle w oazie spokojnej,
krainie uroczej, lasami spowitej,
w oczach dziecka od łez oraz strachu wolnej,
od wszelkiego złego bezpiecznie ukrytej.

Był tam dworek mały  – Strykowice zwany –
zdawał mi się większy, niźli inne domy,
blisko Czarnolasu, gdzie nasz wieszcz kochany
tworzył do dziś znane swej poezji tomy.

W dworku tym znalazłam dusze kochające,
co wszystkich biedaków sercem otaczały,
w dworku tym znalazłam rozkoszy tysiące,
co małej dziecinie wielkie szczęście dały.

***

Mając lat już sporo, a w duszy cierpienia
po stratach, chorobach, po ciężkich przeżyciach,
mając w sercu swoim miast szczęścia istnienia,
tylko mały, słaby płomień chęci życia

– znalazłam się znowu w oazie spokojnej,
krainie uroczej od świata zakrytej,
od gwaru miejskiego i hałasu wolnej,
we wspomnienia dawnej przeszłości spowitej.

Był to Skansen mały w Sławinie zrodzony,
gdzie dawne pamiątki sercem zgromadzone,
w nim dworek z Żyrzyna prosto przeniesiony,
jak z mojej pamięci wspomnienie wskrzeszone.

W Skansenie i w dworku znalazłam znów dusze,
co pracę swą, przeszłość i ludzi kochają,
i kiedym zmęczona, do nich spieszyć muszę,
bo zawsze mi radość i wytchnienie dają.

***

Mając lat znów więcej – a w duszy zmagania
z kłopotami życia, ze swoją słabością,
mając w sercu swoim wielką chęć wytrwania,
mimo ciężkiej drogi wedrując z radością

– znalazłam się znowu w oazie spokojnej,
krainie uroczej, od świata zakrytej,
od gwaru miejskiego i hałasu wolnej,
we wspomnienia dawnej przeszłości spowitej.

Jest to dworek mały, Dworkiem Pola zwany,
tam pamiątki przeszłości sercem zgromadzone,
z dorobku Narodu skarbiec zbudowany,
jak z mojej pamięci wspomnienie wskrzeszone.

W owym pięknym miejscu znalazłam tę Duszę,
co pracę swą, przeszłość i ludzi kochała,
i kiedym zmęczona, do dworku iść muszę,
abym wśród pamiątek znowu radość miała.

19 lipca 1995 r.